Bzdury i bzdety, ale może będzie lepiej.
stat4u
RSS
poniedziałek, 08 sierpnia 2011

GUS opublikował raport pt. "Efektywność wykorzystania energii w latach 1999-2009". W jego podsumowaniu czytamy (kopypasta in extenso):

W ostatnich 20 latach w Polsce dokonał się znaczący, jeden z największych w Europie, postęp w zakresie efektywnego wykorzystania energii. Największy udział miał w tym sektor przemysłu, gdzie poprawie uległy zarówno wskaźniki branżowe, jak również miały miejsce korzystne zmiany strukturalne. Większość usprawnień wynikała z autonomicznych decyzji podmiotów kierujących się rachunkiem ekonomicznym. Modernizacje były dokonywane także po prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych i były dość często warunkiem jej przeprowadzenia. Jednym z największych rządowych programów wsparcia efektywnego wykorzystania energii pozostaje Fundusz  Termomodernizacyjny skierowany do sektora mieszkalnictwa i sektora usług. W 2009 r. korzystne trendy były kontynuowane. Dystans Polski do  średniej europejskiej w zakresie najważniejszych wskaźników efektywności energetycznej obniżył się do kilkunastu procent, jednakże w stosunku do najefektywniejszych gospodarek ciągle pozostaje znaczący. Polityka Unii Europejskiej, wyrażona poprzez dyrektywy, a szczególnie dyrektywę w sprawie efektywności końcowego wykorzystania energii i usług energetycznych, narzuca koniecznośćstałego monitorowania efektywności energetycznej. Zgodnie z zapisami w dyrektywie, oszczędności energii powinny być liczone jako bezwzględne zmniejszenie zużycia energii  w wyniku działań organizacyjnych jak i osiągnięte w wyniku realizacji określonych przedsięwzięć inwestycyjnych lub modernizacyjnych. Aktualnie, dane statystyczne pozyskiwane w ramach prowadzonych badań statystycznych statystyki publicznej nie pozwalają na pełne obliczanie proponowanych w dyrektywie efektów. Konieczność spełnienia warunków monitoringu efektów działań na rzecz poprawy efektywności energetycznej, określonych w Dyrektywie 2006/32/WE, dążenie do harmonizacji i umożliwienie międzynarodowych porównań, wymuszają wprowadzanie zmian w zakresie zbierania danych statystycznych,  tj. rozszerzanie zakresu podmiotowego  i przedmiotowego, jak też dokonanie niezbędnych uzupełnień w zawartości resortowych baz danych (źródła administracyjne).

 

Trzeba przyznać, że GUS jest solidną instytucją. Oto podsumowanie z raportu sprzed roku, zatytułowanego ""Efektywność wykorzystania energii w latach 1998-2008":

W ostatnich 20 latach w Polsce dokonał się znaczący, jeden z największych w Europie, postęp w zakresie efektywnego wykorzystania energii. Największy udział miał w tym sektor przemysłu, gdzie poprawie uległy zarówno wskaźniki branżowe, jak również miały miejsce korzystne zmiany strukturalne. Większość usprawnień wynikała z autonomicznych decyzji podmiotów kierujących się rachunkiem ekonomicznym. Modernizacje były dokonywane także po prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych i były dość często warunkiem jej przeprowadzenia. Jednym z największych rządowych programów wsparcia efektywnego wykorzystania energii pozostaje Fundusz  Termomodernizacyjny skierowany do sektora mieszkalnictwa i sektora usług. W 2008 r. korzystne trendy były kontynuowane. Dystans Polski do  średniej europejskiej w zakresie najważniejszych wskaźników efektywności energetycznej obniżył się do kilkunastu procent, jednakże w stosunku do najefektywniejszych gospodarek ciągle pozostaje znaczący. Polityka Unii Europejskiej, wyrażona poprzez dyrektywy, a szczególnie dyrektywę w sprawie efektywności końcowego wykorzystania energii i usług energetycznych, narzuca koniecznośćstałego monitorowania efektywności energetycznej. Zgodnie z zapisami w dyrektywie, oszczędności energii powinny być liczone jako bezwzględne zmniejszenie zużycia energii  w wyniku działań organizacyjnych jak i osiągnięte w wyniku realizacji określonych przedsięwzięć inwestycyjnych lub modernizacyjnych. Aktualnie, dane statystyczne pozyskiwane w ramach prowadzonych badań statystycznych statystyki publicznej nie pozwalają na pełne obliczanie proponowanych w dyrektywie efektów. Konieczność spełnienia warunków monitoringu efektów działań na rzecz poprawy efektyw- ności energetycznej, określonych w Dyrektywie 2006/32/WE, dążenie do harmonizacji  i umożliwienie międzynarodowych porównań, wymuszają wprowadzanie zmian w zakresie zbierania danych statystycznych, tj. rozszerzanie zakresu podmiotowego i przedmiotowego, jak też dokonanie niezbędnych uzupełnień w zawartości resortowych baz danych (źródła administracyjne). 

Wiem, czepiam się.

wtorek, 17 maja 2011

Wiadome kręgi nabijają się ostatnio - od jakichś dwóch dni - z zespołu Magnetar (o, przepraszam: z Magnetar zespołu, wedle oficjalnego fejsbuka). Otóż Magnetar zespół wkurwił się na Wurmana i na Jeżyka w Kosmosie za, respectively, wideo-propozycję ulepszenia tubki oraz recenzję oryginalnej tubki z alleged hitem "Niepodległość" czy coś w tym stylu. Skrót tubki, bo już niedostępna: Magnetar zespół gra cienki rock w okolicznościach Fortu Bema w towarzystwie czegoś na kształt żołnierzy.

Okazuje się, że tubka Magnetar zespołu to nie wszystko, co ów ma do zaproponowania. Na stronie Magnetar zespołu mamy np. "Wprowadzenie", z którego dowiemy się, że Magnetar zespół rzeźbi melodyjnego rocka ze świerzymi (nie podkreślaj, głupi edytorze, to licentia poetica) brzmieniami i "przede wszystkim własnymi tekstami utworów".

To bardzo ładnie, że macie własne teksty utworów. Problem polega na tym, że własne nie równa się dobre. Proponowałbym wykorzystywać teksty podług następujacej hierarchii: własne dobre, cudze dobre, cudze złe, własne złe - nie stawiajcie ostatniej kategorii tekstów na szczycie listy priorytetów, co, zdaje się, jest właśnie tym, co robicie. Ale skoro się upieracie, to chociaż nie rymujcie "swej" z "tej". Also: pewien typ układu kart w pokerze to "straight".

Aha, fraza "tysiące razy street'a przebił full", jest też niehalo, bo: list of poker hands (with probability).

I dalej: nieobca jest Magnetar zespołowi "ostra rockowa charyzma jak i balladowe oczarowanie". Magnetar zespół "nie ogranicza się wyłącznie do klasycznego rocka – tworzymy piosenki w klimacie blues, sacro-rock, country-rock a nawet szanty, co sprawia, że nasza muzyka trafia w gusta wielu różnorodnych słuchaczy". To może chwycić, powiadam Magnetar zespołowi. Np. jak Jello Biafra  (przepraszam ewentualnych hipsterskich czytelników, ale aktywnym music fanem przestałem być około roku 2000, stąd odniesienia do staroci) wydał płytę country to na początku I was like: ić Pan fhuj. A płyta jednak świetna.

Niestety, nieco dalej znów mamy niepokojace zapisy. Oto Magnetar zespół pisze, że "każda z naszych piosenek jest niepowtarzalna, oryginalna i różnorodna brzmieniowo, co sprawia, że muzyka nie jest tendencyjna i nużąca".

Pragnę przestrzec Magnetar zespół, że co za dużo to niezdrowo, niestety. O ile nie jesteście parodystami typu Kury, to radzę nie pakować na debiutancką płytę hejwi metalu na otwarcie, sacro-rocka w środek, a szant na koniec - i to z własnymi tekstami. No, chyba że marzy się Wam drugi Polovirus. Ale parodystami raczej nie jesteście, bo przecież nie ścigalibyście Wurmana żenującymi tekstami o kancelariach prawnych.

Podsunę dobry przykład: album Meantime zespołu Helmet wcale nie jest różnorodny brzmieniowo - a jaki zajmujący! Albo At Action Park Shellac. Kliknijcie na te tubki, proszę Was. Bardzo. Dziękować za skierowanie Was na właściwą drogę artystyczną możecie w komciach.

piątek, 13 maja 2011

Czy partyjny lider powinien być skuteczny? Ba. Czy powinien być medialny? Banał. Czy powinien być szczególnie aktywny w mediach internetowych. Oczywiście. Zakładając, że jest skuteczny i kompetentny, czy vo duyen lider partyjny może skutecznie odstraszyć od głosowania na partię, której lideruje. Po zaglądnięciu na blipa Grzegorza Napieralskiego zacząłem nagle uważać, że tak.

Blip to jest takie coś, co kojarze głównie za sprawą info dla nieblipujących (takich jak ja) na blogaskach TTDKN-u. Dziś wieczorem nie miałem nic ciekawego do roboty i zapragnąłem przyjrzeć się bliżej co to takiego. I nie wiem co mnie podkusiło, żeby wpisać w google'a "napieralski blip".

Niby powiniem wiedzieć, że z połączenia Surfującego Grzegorza i internetu nie może wyjść nic dobrego. Dobrze obśmiał to WO. Ale naprawde nie spodziewałem się takiego ładunku żenady.

Blip Pana Przewodniczącego to potworek, będący rezultatem prób udawania swojego chłopa i pociskania propagandy partyjnej. Na dodatek wydaje się, że po kilkunastu miesiącach Surfujący wciąż nie opanował sztuki blipowania, bo charakterystyczną cechą tegorocznych wpisów (do dawniejszych bałem się zajrzeć) jest ich dublowanie.

Na początek mamy the Polski akcent factor, czyli Pan Grzegorz usłyszał w klipie Madonny słowo "przepraszam". I jest to, wg Pana Przew., "miłe docenienie [DOCENIENIE? WTF?] polskich fanów". Wpis jest obowiązkowo zdublowany. Zastanowiło mnie, czy Napieralski dubluje wpisy szczególnie ważne? Np. "SLD i OPZZ nie rezygnują z dotychczasowej formy obchodzenia Święta Pracy 1 Maja. Będą one po prostu bogatsze. Zapraszam - niech się święci 1 maja!" No bardzo zajmujące.

14 kwietnia mamy kolejny dubel. "Jarosław Kaczyński to dziewięćdziesiąta siódma ofiara katastrofy smoleńskiej." Aforyzm z godziny 8.47 tak się spodobał Przewodniczącemu, że powtórzył go o 9.18 - coby elektoratowi nie uciekło!

Napieralszczyznę można bez pudła namierzyć we wpisie dotyczącem tsunami w Japonii. Na wielu blogach pojawiły się w tym czasie oryginalne wpisy, a u Grzegorza N. stoi, że "Dziś wszyscy jesteśmy z Japończykami" (godz. 23.08). Siedem minut później jest już, że "Dziś wszyscy jesteśmy Japończykami". No to poprawił...

(Acha, to może dlatego te duble - Pan Grzegorz poprawia wpisy, żeby lepiej się czytało. Potem te lepsze wpisy przekładają się na lepsze wyniki w sondażach, czy co?)

Odważyłem się jednak zajrzeć dalej w lewicową Otchłań, na chybił trafił klikając we wpisy z maja roku 2010. "Serdeczne zyczenia dla wszystkich mam. Duzo ciepla. radosci i zadowolenia ze swoich pociech" - przesyła syn Grzegorz z rodziną. Oto napieralszczyzna. Nie można po prostu napisać "dziecko". Napieralski musi znaleźć zamiennik, a jak już go znajdzie, to taki, że zęby bolą - "pociecha"! Sto pociech to my, lewicowi wyborcy, mamy z Panem, Panie Grzegorzu. Mógłby Pan wystąpić w ekranizacji rysunku Raczkowskiego, gdzie kandydat na dziennikarkę wali w komisję "białym szaleństwem". Więcej blipowania, Panie Przewodniczący - dobra alternatywa dla prawicowego lokontentu.

wtorek, 03 maja 2011

Dwadzieścia lat z hakiem to dla polskiej prawicy za mało, żeby wreszcie zrozumieć, że jej mitomańskie wyobrażenie tego, czym powinna być Polska jest, no cóż, mitomanią właśnie. Rewind to pre-1989. Jeżeli dorastaliście w domu średniozaangażowanych aktywistów Solidarności, to możecie pamiętać, że z grubsza sytuacja wyglądała tak, że my Solidarność z dopalaczem JP2 walczymy z komuną. A jak już ją zwalczymy to będzie Super.

Na czym to Super miałoby polegać oczywiście mało kto wiedział. Dobrym miernikiem (politycznej) inteligencji naszych starych może być czas, w jakim zrozumieli i zaakceptowali, że przejście o komuny do wolności wcale nie równa się życiu w Polsce, gdzie zjednoczony Naród, Kościół, moralność itp. Odejmując więc defaultowego JP2, jeżeli przez całe lata 80. moi rodzice mieli przechył w stronę Michnika, to logicznym tego następstwem była szybka akceptacja sytuacji lat 90 - no bo jak długo można, nie będąc korowskim insiderem, znosić Michnika i Macierewicza jednocześnie? Ci najmniej kumaci z kumatych ostatecznie uznali, że dychotomia my-oni jest skończona w momencie, kiedy w 1990 głosowali za Mazowieckim w pierwszej turze.

Rechoczę zlośliwie za każdym razem, kiedy pomyślę, że mit wspaniałej Polski, która rzekomo miała wyłonić się z komuszej degrengolady, to nadal jakaś idee fixe polskiej prawicy. Cała publicystyka Rzepy oraz otchłań prawicowej blogosfery opiera się na tym, że zdradzono, wredne Michniki dogadały się z komuchami przy okrągłym stole, a kiedy wciąż istniała szansa na przestawienie Polski na właściwe tory, przyszła nocna zmiana i pozamiatano Pawlakiem Olszewskiego. A teraz, panie, ruja i porubstwo, sic i pfuj: UE każe uznawać pedalskie małżeństwa, a przecież Ojczyzna w potrzebie - mordy trzeba obić tym, którzy o 21:37 nie zapalą świeczki. W miarę upływu lat próby odniesienia się do idei niespełnionej Arkadii są coraz śmieszniejsze. Oto tajemnica prawicowego lolkontentu.

niedziela, 13 marca 2011

Red. Orliński brutalnie cenzuruje komentarze (wczoraj, godzina 22:27) na swoim blogu. Nie chce bowiem pamiętać o Świętej Godzinie. Nawet gdy komcionauta, np. ja, zgrabnie zaprezentuje ją w towarzystwie innych Świętych Godzin.

Oto ocenzurowana (!!!one1) najnowsza historia Polski w godzinach:

00.00

4.45

10.41

21.37

Jako historyk amator nie dotarłem do źródeł omawiających godziny popołudniowe. Jakieś pomysły? Miasta, wpisujcie się.

PS (następnego dnia) Rety, a ja, naiwny, myślałem, że Kraśko i jego "21:37" z Tokio to trafna parodia stylu światowego pana reportera z TV. Not. JP2 kontra trzęsienie ziemi i tsunami. JP2 przez knock-out, of kors.

 

czwartek, 03 marca 2011

W internetsach odbyła się mała zadyma, bo Kazik Staszewski, poprzez swoich prawników, miał zamiar pozwać red. Miączyńskiego z GW, za użycie tytułu piosenki w tytule bloga.

W komentarzach pod linkowanym wyżej blogiem red. Miączyńskiego, ktoś zalinkował uroczą pracę autorstwa Magdaleny Piechoty, pt. "Stylistyczny kształt felietonów Kazika Staszewskiego" (dotyczącą felietonów KS drukowanych kiedyś w "Gazecie Telewizyjnej").

Piechota wskazuje w pracy na charakterystyczne cechy felietonów Kazika. Między innymi na "Uwyraźnienie ramy tekstowej. Objawia sie ono w dbałosci o sugestywny
tytuł i wyrazista puente. Wsród analizowanych felietonów znalezc można nastepujace
przykłady zwracajacych uwage tytułów: (...)".

Wśród tytułów, które zwróciły uwagę lingwistki, znalazł się "Holidays in the Sun, sformułowanie anglojezyczne, rozpoznawalne jako slogan z katalogów reklamowych firm turystycznych, a skontrastowane z wyjatkowo szyderczo-napastliwa trescia tekstu o kosztach wakacji w Juracie prezydenta Kwasniewskiego z żoną".

Rozpoznawalne jako co? He, he, he. Not.

sobota, 19 lutego 2011

Byłem jumaczem. Apogeum mojej jumy-jumy-jej przypadło na lata studenckie, a jumałem nie tylko muzykę, ale również książki. Wtedy wydawało mi się, że jest Obiektywna Konieczność. Gdy wypadało przeczytać coś na zajęcia, to wydziałowa biblioteka dysponowała najczęściej danym tytułem w ilości sztuk jeden. Ponieważ czytelnia biblioteki wydziałowej, jak sama nazwa wskazuje, służy do spotkań towarzyskich, należało niestety wziąć książkę, postać w kolejce do ksero, jumnąć ją za 10 gr per strona i zabrać do domu, żeby poczytać w skupieniu.

Pierwszym krokiem do świadomości, że jednak Warto Płacić, okazały się moje 26. urodziny. Otóż jeżeli w wieku 26 lat nadal było się studenciakiem, traciło się prawo do zniżki studenckiej na PKP. W erze pre-26 podróżowałem więc ze zniżką godząc się na zależność: tani bilet-ścisk w 2. klasie (zniżka obowiązywała tylko tam).

Utrata zniżki i wzrost wydatków na bilety w zamian za podróżowanie w tym samym studenciakowskim chujowym ścisku pchnęły mnie do decyzji, żeby dopłacić jeszcze 50 procent ceny biletu i jechać jedynką, najczęściej kompletnie luźną. Tak oto korzystanie z droższych usług wcale nie musi się wiązać ze statusem majątkowym. Moment przejścia do statusu nie-zarabiającego-dużo studenta-podrózującego-jedynką był też pierwszym symbolicznym fakulcem jaki posłałem studenciakostwu, wtedy jeszcze nieco schizofrenicznie jako myself studenciak i zza brudnej szyby klasy 1. Teraz najbardziej lubię to robić zza szyby dobrej warszawskiej restauracji.

Jedną z książek jaką zajumałem w biały dzien i za przyzwoleniem uniwersytetu (punkt ksero mieścił się w czytelni, uch) była "Prawica i lewica" Norberto Bobbio.

Okazuje się, że ksero mam do dziś, właśnie wydobyłem je z kurzu szafy. Nie chce mi się jednak klepać, posłużę się wyimkiem z recenzji na Amazonie:

"Bobbio argues that left and right are not absolute terms, but represent a shifting map of the political spectrum, relative to the particular cultural and historical contexts of a given time."

OK. No, ale żeby aż tak relative jak u nas, to chyba nie?

Szczęściem Norbiego jest to, że urodził się we Włoszech, a kniżkę napisał spoglądając na lewicę i prawicę we jej wersji zachodnioeuropejskiej. Gdyby zechciał spojrzeć na Bolandę, wówczas cały jego zamysł do przedstawienia sporów czym jest lewica, a czym prawica, zgrabnie na stu kilkudziesięciu stronach byłby zwykłą mrzonką, a sama książka nie sprzedałaby się w ilości co najmniej 10.000 egzemplarzy (dane z przedmowy do wydania z 1995), a czezłaby na uniwersyteckich wyprzedażach.

(Rety. Amazon podaje, że kniżka we Włoszech sprzedała się w ilości ponad 300.000 egzemplarzy.)

Badanie czym jest bolandzka lewica, prawica, centrum and what not przypomina bowiem badanie dzikich ludów i nadaje się dla etnografów bardziej niż politologów. Oto prawicowy związek zawodowy skupiający robotników przemysłu ciężkiego i wrogi prywatyzacji. Oto główna partia opozycyjna, uchodząca za prawicowy mainstream, której program gospodarczy nadaje się na kopypastę dla lewicy. Oto lewicowy premier postulujący podatek liniowy. Oto liberał, który lubi sobie popatrzeć na lesbijki, ale tak w ogole to jego poglądy na związek "dwojga ludzi" są konserwatywne.

Poseł Węgrzyn (UWAGA!! KONKURS!! Wymieńcie 3 fajnych polityków z wąsami. OK. Zbyt trudne. Wymieńcie jednego. UWAGA!! KONKURS!!) lubi sobie popatrzeć na lesbijki. Wnioskując z wąsactwa pana posła, obstawiam, że dla Węgrzyna "lesbijski seks" oznacza dwie kobiety (jakieś, nie wiemy czy lesbijki, całkiem możliwe, że nie) w pornolu dla heterycznych facetów. Posłowi Wąsatemu popierdoliły się kompletnie walka o swoje prawa z pornolem właśnie.

"Jestem przeciwny obnoszeniu się z seksualnością i obscenicznym publicznym zachowaniom, czego wyraz dałem w swojej wypowiedzi," rzecze poseł. Ale na lesbijki popatrzy, gdyż homoseks ma dwie wersje: obleśną męską i ekscytującą żeńską. Oto liberalizm konserwatywnego skrzydła centroprawicowej partii z korzeniami w antykomunizmie.

 

poniedziałek, 07 lutego 2011

Wieczorny spacer po Ursynowie raczej nie grozi pobiciem. Kontakt z andrusami to też rzadkość. Serio - ostatnie zakazane mordy wysiadają na stacji Służew. Na Ursynowie, kochani, najgorsze co się może trafić to niekończący się spacer wśród śmieci i psich gówien. Dzielnica inteligencji i klasy średniej. My ass - chyba inteligencji peerelowskiej i BKŚ.

Oczywiście, można trafić dużo lepiej. I dużo gorzej. Zainspirowany google talkiem z martinem slenderlinkiem udałem się razu pewnego na stronę stołecznej komendy policji, a konkretnie do działu poszukiwawczego. A tam ciekawe rzeczy.

Policja w niektórych przypadkach podaje adres zamieszkania ściganego. Zatem pozaznaczajmy sobie na Google Maps, gdzie ścigani się lęgną:

Zrodla zua w Warszawie

(Nie zmieścił się ścigany z ul. Capri.)

Meanwhile na Gumtree: " Zadbane z dużymi, plastikowymi oknami. Spokojni sąsiedzi."

 

środa, 02 lutego 2011

Warszawa, 2 lutego, 2011

 

Sługa Ruska i Niemca

 

Pan Prezydent Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew

Pan Prezydent Republiki Federalnej Niemiec Christian Wulff

Pani Kanclerz Republiki Federalnej Niemiec Angela Merkel

Pan Premier Federeacji Rosyjskiej Władimir Putin

 

Ekscelencje!

Zwracam się do Was z uprzejmą prośbą o nawiązanie do XVIII-wiecznych tradycji i dokonanie kolejnego rozbioru Polski, wedle dowolnych ustaleń. Prośbę swoją motywuję głęboką troską o kondycję intelektualną polskiej prawicy.

Prawica polska tylko wtedy osąga wyżyny intelektualne, gdy Kraj w potrzebie, a w szczególności pod Okupacją lub zgoła Zaborami. Niestety, od czasu ostatniego rozbioru Polski, a więc - według różnych szkół od roku 1795 lub 1939 - minęło już dość sporo czasu. Brak dostatecznie odczuwalnej Sytuacji Kryzysowej skutkuje pogłębiającą się Mizerotą polskiej prawicy. Najwyraźniej objawia się to właśnie w prawicowej publicystyce odwołującej się do Rozbiorów.

Tradycyjna historiografia przyjmuje, że Polska była przedmiotem trzech lub czterech rozbiorów. Pierwsze trzy rozbiory mające miejsce pod koniec XVIII w. trwale ukształtowały dyskurs rozbiorowy, nie tylko wśród prawicy polskiej. Całkiem szeroko rozpowszechniony jest pogląd na temat rozbioru numer 4, w roku 1939.

Niestety, czas, jaki upłynął od ostatniego rozbioru, nawet jeżeli miał on miejsce w 1939, nie służy polskiej prawicy, która, w oczekiwaniu na prawdziwe rozbiorowe pierdolnięcie, roi rozbiorowe fantazmaty.

Podług prawicy polskiej, Polska przeszła już przez następujące Rozbiory:

Najpierw klasyka:

1-3 - 1772, 1793, 1795

4 - 1939

Potem są różne szkoły, niektóre uznają dany Rozbiór, inne nie, ale generalnie spotykamy odniesienia do:

5 - 1945 (Jałta)

6 - 1981 (stan wojenny)

7 - 1989 (Okrągły Stół)

8 - 1992 (upadek rządu Olszewskiego; rzadko spotykany Rozbiór. Rarytas właściwie.)

9 - 2004 (wejście do UE)

Niestety, żadne z tych wydarzeń nie spełnia kryteriów Rozbioru, które można ustalić na podstawie analizy Rozbiorów klasycznych. Sugerowanie, że jakiekolwiek z tych wydarzeń było Rozbiorem dowodzi intelektualnej nędzy polskiej prawicy. Dlatego ratunkiem jest Prawdziwy Rozbiór, o który pokornie proszę w trosce o intelektualną formację tejże.

Z góry dziękuję za pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.

środa, 26 stycznia 2011
Uwaaaaga (z takim przegiętym "a", a la Szczepan Szprada)!

Jarosław Stróżyk odkrył, że tygodnik "NIE" to plugastwo. Redaktor Stróżyk przeczytał jedynkę "NIE" z tego tygodnia, poczem wzburzył się i dał odpór. Panie redaktorze, no jak oburza, kiedy nie oburza? Ostatni raz oburzał może z 10 lat temu. Ech, te bulwersujące odkrycia młodych pokoleń. ZOMG! Sex Pistols śpiewają, że w Wielkiej Brytanii panuje reżim! Faszystowski!
 
1 , 2 , 3